Lolla-Wossiky absolutnie nikomu nie powiedzial nawet slowa prawdy. Zreszta także właściwie nikt aby mu nie uwierzyl. Pijany jestes, Lolla-Wossiky, wstyd Lolla-Wossiky. Zaluje, ze spotkalem tak zapitego Czerwonego. Oraz Ta-Kumsaw... stal zastaw również nie mowil ani slowa, a jesli juz cos powiedzial albo uczynil, zawsze byl taki święty a uczciwy, a Lolla-Wossiky taki slaby oraz daleki. Bardzo ostroznie Lolla-Wossiky wyszukal drzewo, postawil beczulke na gospodarce, usiadl oraz oparl sie o pien. Powoli, poniewaz nic nie widzial, obmacal beczulke oraz znalazl szpunt. Stuk stuk stuk tommy-hawkiem, az szpunt sie obluzowal. Wtedy Lolla-Wossiky pochylil sie dodatkowo przycisnal usta do luku, pewnie gdy w pocalunku, dokładnie gdy niemowle do sutki. I wkrótce beczulke do gory, wolno, znacznie szczegółowo, niezbyt wysoko, jest juz smak, jest trunek, jeden lyk, drugi, trzeci, czwarty... Ale zielen takze odplywa, gasnie wespół spośród czernia. Odplywa za kazdym razem. Wyczucie krainy, taż nieprofesjonalna wizja, ktora rozumieli wszelcy Czerwoni - nikt nie doznawal jej poważnie niz Lolla-Wossiky. Natomiast dzisiaj, jak sie zjawia, za kazdym razem ktoś za nia nadchodzi czarny szum. Oraz skoro cichnie czarny szum, kiedy odpedza go wódek, ktoś nadmiernie nim uchodzi zielona, zywa cisza. Lolla-Wossiky mial nadzieje, z lat juz mial nadzieje, ze znajdzie też ledwie dobra ilosc trunku, ktora powinien wypic, by stlumic czarny szepcz oraz pozostawic zielona wizje. Cztery lyki zatem najuczciwsze, co zdolal sprawdzic. Odsuwaly czarny szum tuz poza zasieg spojrzenia, za najblizsze drzewo. Ale takze pozostawialy zielen tam, gdzie niemal mogl jej dotknac, prawie dosiegnac. Oraz mogl wtedy udawac, ze stanowi czystym Czerwonym, nie whisky-Czerwonym, więc jakby Bialym.